28 października 2019

"Miłość źródłem i sprawdzianem misji" (RM 60) rozmowa z dyrektorem CFM

Wszystkie dokumenty Kościoła ukazują piękno idei misyjnej. Szczególnie jest mi bliska w tej kwestii encyklika św. Jana Pawła II Redemptoris Missio. Ale jak żyć tymi ideałami, jak żyć miłością tak na codzień? O to zapytałam misjonarza, ks. Jana Fecko, dyrektora Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie, który w tym roku obchodzi swoje 50-lecie kapłaństwa.

 

Agnieszka Klimek: Za co najbardziej czuje ksiądz wdzięczność w roku jubileuszowym?

Ks. Jan Fecko: Jest wiele rzeczy, za które jestem wdzięczny Panu Bogu. Przede wszystkim za całą rodzinę – za mamę, tatę, rodzeństwo (siostrę i brata), za ciotki i wujków - czyli za moje korzenie. Na pewno jestem wdzięczny za moją całą drogę życiową. Człowiek jest formowany nie tylko w rodzinie, ale też w szkole, w społeczeństwie, wśród kolegów. Tam, gdzie mieszka, gdzie żyje. Miałem szczęście uczęszczać do dobrych szkół, miałem dobrych nauczycieli, dobrych księży, dobrych katechetów. To wszystko jest ogromnym darem Pana Boga, bo przecież mogłem trafić w inne środowisko - to, kim dziś jestem, to nie jest tylko zasługa dwóch, trzech czy czterech osób, ale wielu ludzi. Jest wiele motywów do dziękczynienia. Jestem przede wszystkim wdzięczny Panu Bogu za moje powołanie kapłańskie i misyjne. Bo to jest piękna droga życia.

Pamiętam, gdy trzeba było napisać w klasie maturalnej, przed maturą, na jakie studia chcę iść i kim chcę być. Dyrektorka była osobą niewierząca i atakowała kwestie związane z wiarą, ja zaś wiedząc jaka ona jest, obawiałem się napisać prawdę, że chcę pójść do seminarium. Napisałem, że nie zamierzam iść na studia, tylko chcę zostać kierowcą tirów, bo pragnę jeździć po całym świecie; … i w daleki świat pojechałem, ale nie tirem...

A.K.: Czyli można powiedzieć, że to dziękczynienie to jest ogromny kielich, złożony z wielu kropel?

Ks. J.: Tak, oczywiście.

A.K.: Św. Jan Paweł II, przypomniał w „Redemptoris Missio”(nr 31-33), że w Kościele istnieje jedna jedyna misja, aby ukazywać miłość Bożą i zaszczepiać ją wszystkim ludziom i narodom. W jaki sposób najbardziej i najpierw w swoim życiu tej miłości ksiądz doświadczył??

Ks. J.: Doświadczyłem miłości przede wszystkim w rodzinie - zawsze miałem jako dziecko i w wieku późniejszym, poczucie szczęścia w domu rodzinnym. Kiedy przyjeżdżałem do domu to czułem, że jest to moja oaza szczęścia. Myślę, że człowiek uczy się miłości przede wszystkim w rodzinie. Oczywiście, inni ludzie również pomagają, ale jest to kontakt na pewno mniej ścisły i mniej głęboki niż w samej rodzinie.

A.K.: Papież dalej nauczał, że tę jedną, jedyną misję trzeba realizować w trzech sytuacjach i ksiądz ma doświadczenie wszystkich trzech, czyli duszpasterstwa zwykłego w Polsce, nowej ewangelizacji w Belgii, Francji, Szwajcarii oraz misji ad gentes na Wybrzeżu Kości Słoniowej i w Burkina Faso. Czym te trzy sytuacje  - jednej misji - różniły się, a w czym były podobne, jeśli chodzi o pracę duszpasterską??

Ks. J.: W Polsce, w krajach Europy Zachodniej, w Afryce czy Ameryce, każdy człowiek chce być kochany i może się nauczyć kochać. Każdy ma podobne podstawowe potrzeby: człowiek chce jeść, odpoczywać, poznawać świat i ludzi, chce pracować. Człowiek jest naprawdę taki sam wszędzie. To co stanowi różnicę to język, kultura, mentalność - które są formowane przez ludzi i historię danego narodu czy też plemienia. Taka jest różnica, ale w zasadzie człowiek jest taki sam. Ja byłem na przykład bardzo zaskoczony, gdy spotykałem się z ludźmi w Górnej Wolcie, (dziś jest to Burkina Faso) – i kiedy zacząłem z ludzi rozmawiać, gdy rozumiałem już ich język …

A.K.: Jaki to był język???

Ks. J.: Język Moore. …to oni żartowali w podobny sposób, jak ludzie w mojej wiosce, na Podhalu. Umieli się śmiać z siebie, a w ich opowiadaniach było wiele humoru. W końcu, kolor skóry nie zmienia człowieczeństwa. 

W pracy duszpasterskiej znajomość kultury jest ogromnie ważna: aby dotrzeć do człowieka, trzeba poznać jego kulturę i język, sposób myślenia i wyrażania swoich uczuć. Wtedy dopiero można nawiązać z nim kontakt i wzajemnie się rozumieć. Ale samo pragnienie miłości jest takie samo. A czym jest miłość??? To jest troska o dobro drugiego człowieka, troska o to, żeby wzrastał, żeby był zdrowy, wykształcony, żeby mógł w pokoju wypełniać swoje zadania życiowe …

A.K.: Czyli to jest taka całościowa troska Kościoła o całego człowieka o wszystkie wymiary.

Ks. J.: Tak. Duchowe, intelektualne, fizyczne. To jest ważne. Jak się kogoś kocha, to chcę się zaspokoić te najbardziej podstawowe potrzeby drugiego człowieka.

A.K.: Jeśli chodzi o misje ad gentes, wspomniał kiedyś ksiądz w naszych prywatnych rozmowach, że bardzo ważnym budulcem ewangelizacji jest wyzwalanie ludzi od strachu. Proszę coś więcej o tym powiedzieć.

Ks. J.: Trzeba by zacząć od tego - czym jest wiara? Wiara jest ufnością, zaufaniem. Jeśli komuś zawierzam to znaczy, że mu ufam bezgranicznie. Wobec człowieka, któremu ufam, nie jestem podejrzliwy. Gdybym był podejrzliwy, to z tą ufnością jest coś nie w porządku. Więc wiara to jest ufność pokładana w Panu Bogu, w to, że On kieruje moim życiem, że o mnie się troszczy, że jak są niebezpieczeństwa, cierpienia, niepokoje to powierzam siebie Panu Bogu. Tu potrzeba modlitwy i kontaktu z Panem Bogiem. Od tego trzeba zacząć. Na tym polega wiara. Wiara może być bardzo płytka, można ją ograniczyć do tego co robili np.: faryzeusze, czyli jedynie do wypełniania przepisów prawa. Taki faryzeizm panuje wszędzie i w Polsce, i w Afryce. Są tacy ludzie, którzy jakoś nie dorastają do pełnej wiary i zaspakajają swoje potrzeby religijne zatrzymując się jedynie na różnych formach kultu, np.: składaniu ofiar, na chodzeniu do kościoła bez wewnętrznego zaangażowania się, uważają, że wystarczy wypełniać różne obyczaje, żeby się zmieścić w tej socjologicznej grupie wierzących. Ale wiara jest przede wszystkim relacją osobistą z Panem Bogiem i jest zaufaniem.

W Afryce wierzenia tradycyjne są bardzo związane ze strachem, za niewypełnienie pewnych rytuałów zawsze jest sankcja. Jeśli ktoś nie wypełni jakiegoś obyczaju, uważa się, że takie zachowanie nie podoba się zmarłym przodkom i mogą zaszkodzić. Trzeba tu dodać, że zmarli przodkowie nadal należą do rodziny, do klanu. Więc pragnienie pokoju serca sprawia, że szukają kogoś, kto im podpowie jaką ofiarę złożyć, żeby zaskarbić sobie pomoc duchów. W ogóle w pogaństwie jest ciągły lęk przed duchami, które mogą mi zaszkodzić, a pomóc mogą wówczas, gdy dopełnię wymaganego rytuału. Jest również ciągły lęk, że moje ofiary i modlitwy są nieskuteczne, że duchy mogą mi zaszkodzić. Bo istnieje rywalizacja między duchami, gdy np.: ktoś złoży lepszą ofiarę, dostanie więcej łask, a ja nie dostanę nic. W tradycyjnych wierzeniach nie istnieje pojęcie miłości, dobroci, miłosierdzia.

Natomiast gdy ktoś przyjmuje Ewangelię i wierzy, że Bóg jest miłością, że Chrystus ofiarną miłością przezwycięża wszelkie zło i wszelkie lęki, budzi to w człowieku wdzięczność i zaufanie do Boga i do ludzi. Gdy człowiek zaufa Panu Bogu, potrafi przezwyciężać ten lęk, bo liczy na miłość Pana Boga, nie boi się kochającego Boga, który jest miłosierny dla człowieka, potrafi mu wybaczyć ludzkie słabości.   

Wielokrotnie widziałem w Afryce, jak ludzie przychodzili do kościoła przed Najświętszy Sakrament z różnymi tarapatami i tam na głos, bez lęku,  dyskutowali z Panem Jezusem. To znaczy, że oni naprawdę mieli wiarę. W tym roku odwiedziłem mojego kolegę misjonarza na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Mieliśmy mały incydent: mój kolega, który prowadził samochód, jechał blisko zaparkowanych samochodów na poboczu ulicy. Jeden z samochodów cofnął, jego kierowca nie upewnił się, że może wyjechać i zahaczył tył naszego samochodu, rozpruł tylny błotnik. Poszedłem po policjanta, żeby uniknąć długich dyskusji. On przyszedł i zaczął spisywać protokół. W pewnym momencie odwrócił się do mnie, i powiedział, jeżeli to się stało, to znaczy, że Pan Bóg tak chciał i że to ma dla nas jakieś znaczenie. Oni mają takie dobre zaufanie i powiązanie życia z Panem Bogiem.

A.K.: W Afryce, w duszpasterstwie w parafiach, bardzo zaangażowani są świeccy katecheci misyjni (jak nazwał ich Jan Paweł II - „katechiści”), są to osoby chętne do ewangelizacji swoich współbraci, ale często bez żadnego przygotowania teologicznego. Wiele pracy ksiądz wkładał w ich formację, jak to wyglądało?

Ks. J.: Mogę szerzej mówić o tym, jak wyglądała formacja w naszej diecezji Man, na Wybrzeżu Kości Słoniowej, czy w Górnej Wolcie, w diecezji Ouagadougou. Formacja katechistów jest ciągła, przez całe życie, nawet wtedy, gdy ktoś jest katechistą tytularnym, czyli gdy ma pełną odpowiedzialność za życie wiarą w swojej wspólnocie. Funkcja ta jest powierzana katechiście przez proboszcza (nie przez biskupa). Oprócz katechistów tytularnych trzeba było dbać o przyszłość wspólnot, o formację następców. W mojej parafii, zarówno w Górnej Wolcie jak i na Wybrzeżu Kości Słoniowej miałem wielu młodych katechistów, nazywano ich „pomocnikami katechisty”.  Formacja podstawowa była rozłożona na trzy lata. Każdego roku odbywały się w Misji cztery całotygodniowe kursy formacyjne, od niedzieli wieczór do soboty. Następnie wracali do swojej wspólnoty, żeby się z nią codziennie modlić, w niedzielę sprawować liturgię słowa, w tygodniu przygotowywać katechumenów do chrztu. Oprócz tego, cała ekipa duszpasterska (kapłani i siostry) spotykała wszystkich katechistów w sektorach parafii raz na miesiąc.

Formacja ta, jest oczywiście dość ograniczona, bo to nie jest seminarium ani nowicjat, ale naucza się podstaw teologii i pedagogiki – bo przecież katechista naucza prawdy wiary – musi znać katechizm, musi w miarę rozumieć Pismo Święte. Tematyka dotyczy podstawowego katechizmu opartego oczywiście na tekstach Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu. Na Wybrzeżu Kości Słoniowej, ponieważ znałem już - po wielu latach - pracę na misjach i obyczaje ludzi, zauważyłem, że obyczaje i wierzenia, przynajmniej moich parafian, były bardzo zbieżne z wierzeniami i obyczajami w Starym Testamencie. Katechiści właściwie bardzo łatwo odnajdywali się w obyczajach Starego Testamentu, bo jest tam: i poligamia, i składanie ofiar ze zwierząt, i jest zawiść, nienawiść i złość, w psalmach złorzeczących, … a to jest wszystko obecne również w pewnej mierze w obyczajach afrykańskich. I moją metodę formacji oparłem na trzech filarach: 1.Tradycyjne obyczaje i wierzenia w Afryce, 2.Co mówi na ten temat Stary Testament, 3. Co nowego wnosi Jezus w nasze życie. Tematy poruszane dotyczyły: życia wiarą, np. modlitwa, ofiara, śmierć, wieczność, kim jest Pan Bóg, co to jest zbawienie, przebaczenie, życie wieczne itp. Pierwszy filar - to katechiści mówili mi w jaki sposób dany temat rozumieją i przeżywają. Dzięki temu wiele się od nich nauczyłem i coraz lepiej poznawałem ich mentalność. Potem wyszukiwaliśmy w Starym Testamencie tekstów na dany temat. Za podręcznik służył mi bardzo przydatny „Słownik Teologii Biblijnej” VTB. Odkrywaliśmy zbieżności w niektórych tematach w wierzeniach tradycyjnych i w Starym Testamencie, a następnie zadawaliśmy pytanie co nowego wnosi Nowy Testament? Dlaczego się nazywa Nowy Testament, co Jezus wniósł nowego do życia wiary? Katechiści rozumiejąc powiązanie między Starym Testamentem i tradycyjnymi wierzeniami, oraz to, co Jezus nowego wnosił w życie, łatwiej rozumieli co należy odrzucić to, co nie jest zgodne z Ewangelią, co jest słabe w tych wierzeniach, obyczajach a czasami nawet wrogie człowiekowi.

A.K.: Wrogie człowiekowi? A co na przykład?

Ks. J.: Na przykład były takie obyczaje w plemieniu Mossi: gdy urodziły się bliźniaki, to nie wiadomo było który z nich jest starszy i który z nich będzie szefem, który będzie ważniejszy. Ażeby nie było kłótni między braćmi uważali, że powinni oni wrócić do świata niewidzialnego. Wówczas niemowlęta były pozostawiane na termitierze, aby umierając mogły powrócić do „domu ojców”.  Według ich kosmogonii (wyobrażenie o wszechświecie), wszechświat złożony jest jakby z dwóch półkul, jedna to świat widzialny na górze, a pod nim jest świat niewidzialny. Z niewidzialnego świata ludzie przychodzą do widzialnego, na ziemię, po śmierci wracają „do krainy ojców”. W języku moore, o zmarłym mówi się: „a lebga bayiiri”, dosłownie: „wrócił do domu ojców”.  

Więc gdy się urodziły bliźniaki, aby uniknąć kłótni w rodzinie „pomagało im się” wrócić do świata niewidzialnego tak, aby później mogli przyjść na świat pojedynczo. Takie były dawne wierzenia. Jest dużo podobnych obyczajów. W takich wypadkach konsultowano się z czarownikiem. Tak się mówi po polsku, ale nie oddaje to dosłownie terminu języka moore, określającego takiego człowieka - lepszym terminem byłby: „znający przyszłość”, jasnowidz?  Jest to ktoś, kto ma kontakt ze zmarłymi przodkami, dzięki nim zna przyszłość człowieka i to oni mu podpowiadają, jak trzeba się zachować, czy i jaką ofiarę złożyć.

Zdarzają się również epidemie, np.: zapalenia opon mózgowych i wtedy dużo ludzi umiera. W takim przypadku nie choruje się długo, zdarza się, że rano człowiek wstaje zdrowy, przed południem nagle słabnie, a na wieczór już nie żyje. Ludzie widząc tyle nagłych zgonów, posądzają kogoś we wiosce, że „zjada dusze”, bo to nie jest normalne, że nagle dzieci czy dorośli umierają nagle jeden po drugim. Tego typu wierzenia są owocem strachu przed śmiercią i próbą znalezienia odpowiedzi na pytanie: kto jest winien śmierci. 

Dla współczesnych Europejczyków, którzy zapomnieli, że w nie tak odległej jeszcze przeszłości mieliśmy podobną mentalność i podobne lęki, postrzeganie ewangelizacji jest przez niektórych niezrozumiałe. Niektórzy turyści przyjeżdżający na kilka dni do Afryki zarzucają misjonarzom, że niszczą afrykańską kulturę, że narzucają Afrykańczykom europejską mentalność. Pod koniec mojej posługi na Wybrzeżu Kości Słoniowej, w sąsiedniej Liberii doszło do wojny domowej. Do mojej parafii na granicy z Liberią przybyło kilkadziesiąt tysięcy uchodźców. Do pomocy uchodźcom przyszły z czasem różne organizacje międzynarodowe, m.in. ekipa lekarzy z organizacji „Lekarze bez granic” - („Médecins sans frontières”), oraz inni ludzie pracujący w „Caritas Międzynarodowa”.  W rozmowach z nimi często spotykał mnie ten zarzut, zresztą w Europie zachodniej, w czasie moich urlopów, gdy opowiadałem o misjach, również mówiono mi, że my niszczymy ich kulturę, że chrześcijaństwo niszczy kulturę afrykańską. Myślę, że jak ludzie nie wiedzą na czym polegają wierzenia afrykańskie i kultura, to chcieliby zachować Afrykę jako taki nietknięty skansen - niech sobie żyją w ignorancji i ze swoimi wierzeniami, które utrzymują ludzi w ciągłym strachu i niepokoju, który paraliżuje człowieka i życie społeczne. Gdy człowiek żyje w strachu to nic wielkiego nie jest w stanie zrobić. Tu widać, dlaczego się Afryka nie rozwinęła, chociaż ma ogromny potencjał, wspaniały klimat, wszystko rośnie samo, drzew nie brakuje, kamieni nie brakuje, piasku nie brakuje, a kraj się nie rozwinął, bo wszystko było blokowane przez wierzenia.

A.K.: Kto umie manipulować strachem ten wygrywa. Tak?

Ks. J.: Czy to jest manipulacja? To nie jest manipulacja, jak to zrozumiemy dziś w mediach - które światem manipulują; po prostu wszyscy się boją, i ten jasnowidz czy czarownik i inni ludzie, oni wszyscy są sparaliżowani strachem. Należy przerwać tę nić strachu, żeby wyzwolić w człowieku nadzieję i miłość. Bo strach niszczy wszystko - miłość i zaufanie do drugiego człowieka, nawet w rodzinie ludzie nie mają do siebie zaufania, bo nie wiadomo tak naprawdę, kto jest kto. A chrześcijaństwo jest głoszeniem miłości, zaufania do Boga i do ludzi. Trzeba zupełnie wyeliminować strach, żeby nauczyć się miłować drugiego człowieka. Nasz biskup diecezji Man, Bernard Agré, często powtarzał nam misjonarzom, że zadaniem głoszącego Ewangelię jest tak ją głosić, żeby ludzi wyzwolić od strachu, aby mieli na tyle wiary i ufności w Bogu, by żyli wolni w Jezusie Chrystusie. I to wezwanie do uwolnienia ze strachu jest fundamentem ewangelizacji, jest podstawą rozwoju każdego człowieka i całego człowieka oraz całego społeczeństwa. Afryka się teraz rozwija, myślę, że jednym z powodów jest to, że ludzie się siebie nie boją wzajemnie.

Przede wszystkim młodzież angażowała się w dzieło ewangelizacji. Młodzi parafianie przychodzili do mnie, żeby im podać referencje biblijne, bo chcieli ewangelizować ludzi, żeby ich uwolnić od tego lęku i strachu, by zaczęli żyć we wspólnocie, mając zaufanie do Boga i do siebie nawzajem. Nawet wspólnota klanowa, która ma bardzo mocne więzi,  ale też oparte na strachu. Na przykład: jak dziecko się urodzi w rodzinie, albo gdy ktoś umrze, czy trzeba komuś pomóc w polu, czy jest ktoś chory, to ludzie danego klanu się organizują i przynoszą pomoc. Ale ta pomoc niekoniecznie wynika z braterskiej miłości (jak to jest w przypadku chrześcijan, którzy rozumieją, że tak nauczał Jezus Chrystus), tylko ze strachu - jak nie pomogę, to może mi duch zmarłych zaszkodzić. My sobie nawet nie zdajemy sprawy co Europa zawdzięcza Ewangelii. Myślę, że żylibyśmy w takim samym lęku, w pogaństwie. Obecnie wielu odchodzi od Boga, od wiary i powracają pogańskie obyczaje. Gdy nie wierzy się Panu Bogu, to zaczyna się wierzyć w bożków - w siłę pieniądza, w znajomości, układy polityczne, ekonomiczne.

A.K.: Jakie są według księdza najważniejsze cechy misjonarza? Jakie są największe pokusy a jakie źródła mocy, których nie wolno mu zaniedbać, żeby nie ustać w drodze??

Ks. J.: Myślę, że wszystko jest tak, jak w swoim kraju, tylko do którejś potęgi ????. To jest tak, jak ze zdrowiem; tu w Europie może człowiek czasem niedomagać ????, ale jest w swoim klimacie, i wystarczy jakiś nawet słaby lek, zastrzyk czy tabletki i choroba przechodzi, ale w innym klimacie, to trochę gorzej wygląda. Myślę, że pokusy czy zagrożenia są podobne, one siedzą w człowieku i każdy ma swoje. Jeden ma skłonność do zamykania się na innych, inny do gadulstwa. Są też skłonności genetyczne, np.: skłonność do alkoholu, do narkotyków; to w człowieku siedzi i nie zawsze się to objawia. Natomiast w innym, nowym świecie, gdzie człowiek żyje w innej kulturze, musi mówić innym językiem, jest inny klimat, inne jedzenie, trudno jest nawiązać kontakt z tamtymi ludźmi – chodzi o taki głęboki kontakt -  potrzeba więcej siły ducha, by się w życiu nie zagubić.  Przyznam się, że nie znalazłem tam wielu przyjaciół; myśmy się rozumieli, lubiliśmy się, pracowaliśmy wspólnie, ale czy to była przyjaźń? Chyba nie, bo nie udało mi się wymieniać swoich poglądów na bardzo osobiste tematy – po prostu ich życie było inne, oni nie mieli moich doświadczeń, doświadczeń mojej rodziny ani doświadczeń mojej ojczyzny Polski. Ta bariera pozostaje zawsze, nie udaje się jej przekroczyć. A zagrożenia są takie same, trzeba być mocnym duchem. Trzeba mieć przede wszystkim dużo cierpliwości w Afryce. Mój biskup Bernard gdy przyjeżdżał misjonarz zawsze mówił, że powinien przywieźć trzy walizki: w jednaj musi mieć cierpliwość, w drugiej cierpliwość, a w trzeciej jeszcze raz cierpliwość. Tak - cierpliwości trzeba mieć dużo.

A.K.: A takie rzeczy, których trzeba się uchwycić, które dają siłę?

Ks. J.: Siłę daje przede wszystkim modlitwa, przebywanie z Bogiem, spowiedź częsta, rozważanie Pisma świętego, przeżywanie Eucharystii. Też to trudne, bo w innym języku nie przeżywa się modlitwy, liturgii tak głęboko, jak w swoim kraju.

Dlatego dobrze jest znaleźć chwilę, aby rozważać Pismo Święte i modlić się we własnym języku, przynajmniej na początku. Potem jest już łatwiej. Ale na początku jest ważne, aby nie utracić kontaktu z Panem Bogiem i nie zapomnieć po co się tam jest. Misjonarz robi wiele rzeczy, ale nie jest po to, żeby coś robić, ma po prostu głosić słowo Boże i nim żyć, i gdy ludzie to widzą, to nawet, jeśli ktoś słabo mówi w ich języku, to sam przykład życia mówi dużo.

Ja byłem np. zaskoczony, kiedy odchodziłem z jednej parafii w stolicy Ouagadougou i przechodziłem do innej, do wioski Sãaba: żegnając się z katechetami i katechetkami przepraszałem ich, że nie zawsze potrafiłem mówić poprawnie tak, żeby oni to dobrze zrozumieli, bo rzeczywiście słabo jeszcze znałem język moore, a oni odpowiadali: „myśmy w życiu ojca niczego złego nie zauważyli”. Okazuje się czasem, że nie samo słowo jest ważne, tylko styl bycia. 

A.K.: Tzn., że człowiek jest na świeczniku i ludzie cieszą się tym światłem albo widzą ciemność. …

Często mówi się o Polakach, że lubią na misjach efekty widoczne ale materialne, czyli duszpasterstwo, cegły i betonu. Wybudują coś, a później z czasem narzekają, że miejscowi nie dbają o to. Jak ksiądz widzi takie sytuacje??

Ks. J.: Ja bym nie mówił tylko o Polakach, bo jest to pokusa każdego misjonarza. To nie jest przypisane do narodowości. Są Polacy, Francuzi, Belgowie, Kanadyjczycy, Słowacy i inni misjonarze; są tacy, którzy mają talent do budowania więc zajmują się budową. Ja myślę, że potrzeba i jednych i drugich. Ten który działa w ten sposób i tworzy wiele dzieł materialnych, np.: kościoły, kaplice, garaże, czy inne budowle, to zaplecze materialne też przyczynia się do rozwoju Kościoła, to też jest potrzebne. Ważne jest jednak, żeby sam misjonarz nie zagubił się w tym wszystkim. Ale takie niebezpieczeństwo, taka pokusa, istnieje. Dotyczy każdego człowieka, misjonarza, niezależnie od narodowości. 

A.K.: Co księdza najbardziej zadziwiło na misjach a co najbardziej ucieszyło?

Ks. J.: Ciężko będzie wybrać. Zależy w którym okresie pobytu. Najpierw to zadziwia przyroda, klimat, bo to wszystko nowe, zadziwiają ludzie, inny typ życia, zachowania. W pierwszych tygodniach pobytu miałem wrażenie, że cofnąłem się do rzeczywistości  z początku XX wieku: lampa naftowa, woda czerpana ze studni, brak dróg bitych, maczeta jako uniwersalne narzędzie w polu i gospodarstwie, brak pośpiechu… Zadziwia też kultura, pozytywnie zadziwia, bo jest ogromnie dużo humanizmu, takiego zdrowego humanizmu, wszyscy ze sobą rozmawiają. U nas, w Polsce, to można przejść obok drugiego człowieka bez pozdrowienia (ja mówię o wsi, nie o dużym mieście, gdzie jest tłum ludzi). Do rzadkości też należy obecnie pozdrawianie się na szlaku turystycznym, na spacerze. To jest nie do pomyślenia w Afryce. Nawet gdy spotkają się ludzie mówiący innymi językami, to się śmieją, bo się nie rozumieją, ale się pozdrawiają, każdy po swojemu, przecież każdy wie o co chodzi. U nas w Polsce jest tego brak. W innych krajach jest lepiej pod tym względem. Na wakacje jeżdżę czasem do Szwajcarii, aby pomagać w parafii. Gdy chodzę po górach czy nawet we wiosce, wszyscy ludzie się pozdrawiają. Mam wrażenie, że jest u nas dużo nieufności; zapewne wiąże się to z naszą historią, ostatnią wojną i długimi latami komunizmu, gdzie trzeba było być nieufnym, chyba to nam zostało, niestety.

A.K.: A co najbardziej ucieszyło?

Ks. J.: Cieszył mnie zawsze wzrost wspólnoty chrześcijańskiej, to była dla mnie zawsze wielka radość. Gdy po jakiejś działalności ewangelizacyjnej grupy młodzieży, przychodziła delegacja z prośbą, że oni chcą mieć kaplicę w swojej wiosce, to była zawsze wielka radość. Często ludzie odkrywali wartość Ewangelii, przychodzili i mówili: Ojcze, ja chcę się modlić tak jak ty. To oznaczało, że chciał być chrześcijaninem. W taki sposób wyrażali swoją wolę przygotowania się do chrztu i pozostania chrześcijaninem. Środowisko było bardzo zróżnicowane pod względem religijnym: większość stanowili ludzie przywiązani do tradycyjnych wierzeń afrykańskich, byli muzułmanie, protestanci, było również dużo różnych sekt. To co przyciągało tych ludzi do Kościoła, to przede wszystkim życie wspólnoty katolickiej. Młodzi katechiści organizowali wieczorki ewangelizacyjne. Polegały one na tym, że młodzież po powitaniach i po przedstawieniu się kim są i w jakim celu przyszli  w ciągu dnia pomagała ludziom w potrzebie, chorym, biednym, staruszkom: czyścili im pola, rąbali drewno na opał, nosili wodę ze studni itp. Nie chcieli za to żadnej zapłaty, najwyżej jedzenie. A wieczorem siadali przy ognisku i czytali Ewangelię, i tłumaczyli jej sens, często przygotowywali skecze przedstawiające przypowieści z Ewangelii. Ja tego nawet nie kontrolowałem, bo to były spontaniczne wydarzenia.

A.K.: To wychodziło od nich?

Ks. J.: Tak. Czasami młodzież wcześniej do mnie przychodziła, prosiła o referencje biblijne na jakiś temat, bo chcieli przygotować ewangelizację w jakiejś wioski. W czasie tygodniowych sesji formacyjnych katechistów, co wieczór, już po całym dniu szkolenia i po kolacji, było tzw. „czuwanie” do późnych godzin i wtedy przygotowywali skecze ewangelizacyjne. Najchętniej opracowywali przypowieści z Ewangelii. Podziwiałem ich talent aktorski, bo umieli zaadoptować przypowieść do ich aktualnych warunków życiowych: np. przypowieść o Łazarzu czy synu marnotrawnym, to były piękne sztuki teatralne. Byli bardzo zaangażowani i cieszyli się, że to robią.  To również mnie bardzo cieszyło, bo przecież ja niczego nie narzucałem, nie sterowałem, wynikało to ze zrozumienia Ewangelii.  Inicjatywa młodzieży zawsze mnie bardzo cieszyła, bo to jest przyszłość narodu, przyszłość kraju i przyszłego Kościoła. Młodzi katechiści są bardzo dynamiczni.

Spotykałem katechumenów, młodych i starszych, każdego roku w okresie Wielkiego Postu. Odbywały się wtedy tzw. „skrutynia”, jak w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Sprawdzałem znajomość katechizmu, modlitw, Ewangelii, coś w rodzaju egzaminu. Ale zdany egzamin nie był jedynym kryterium dopuszczenia kandydata do chrztu.

Czyli cała wioska była zaangażowana w przyjęcie, kogoś do wspólnoty Kościoła?

Ks. J.: Tak, tak, tak.????

A.K.: To trochę tak jak w pierwszych wiekach chrześcijaństwa.

Ks. J.: Tak. Cała wspólnota decydowała, czy kandydat może przyjąć chrzest, zaświadczali, czy żyje po chrześcijańsku i … jak mówili: „ten nie przyniesie wstydu swoim zachowaniem” całej wspólnocie. Bywało i tak, że niechrześcijanie dawali swoje świadectwo o danym katechumenie. Więc Afrykańczycy mają poczucie społecznej odpowiedzialności za życie wiarą.

A.K.: Niesamowite.

Ks. J.: Chciałem to doświadczenie przenieść na grunt Polski, ale się nie dało. Może trzeba by było być bardzo długo w jakiejś parafii... Ludzie współcześni zatracili poczucie społecznej odpowiedzialności za swoich. Nawet w rodzinach zdarza się, że rodzice zwalniają się z odpowiedzialności za wychowanie dzieci, chętnie powierzają to szkole, Kościołowi, więc jeśli w rodzinie już tak jest, to co dopiero w społeczeństwie. Przesadny indywidualizm ma swoje ujemne strony. Podkreślanie tego, że każdy jest wolny, że liczę się tylko ja i to co ja chcę, robię to co mi się podoba, osłabia skutecznie więzi społeczne i ma też wpływ na nieodpowiedzialne życie moralne.

A.K.: Jest ksiądz dyrektorem Centrum Formacji Misyjnej, które przygotowuje osoby świeckie, zakonne i kapłanów diecezjalnych do posługi misyjnej. Jakby ksiądz zachęcił te osoby, które może troszkę rozpoznają w sobie takie wołanie, że może Pan Bóg wzywa mnie do misji? Co by ksiądz im powiedział, aby zachęcić do podjęcia wyboru?

Ks. J.: Jeżeli ktoś czuje powołanie, to trzeba je najpierw rozeznać: na modlitwie i z pomocą kierownika duchowego. Wypadałoby o tym porozmawiać w rodzinie. Dobrze jest też porozmawiać z kolegą, współbratem, współsiostrą. Nie może tu być jednak żadnego przymusu z zewnątrz, Panu Bogu należy dać odpowiedź na Jego wezwanie w sposób całkowicie wolny. Na pewno jest to ogromna łaska Pana Boga, gdy ktoś czuje takie powołanie, powinien się modlić i prosić o rozeznanie i wytrwanie. Misje są naprawdę piękną kartą życia. Nigdy bym nie zamienił mojego misjonarskiego życia na inne.

 

 

 

 

 

Agnieszka Klimek - doktorantka misjologii UKSW, misjonarka świecka

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
61 0.14090800285339